newsy i inspiracje dla tych, którzy piszą i chcą pisać lepiej
naTemat Agnieszka Kruk
media

Wywiad dla natemat.pl

Od „House of Cards” do „Pamiętników z wakacji”. „Nie jest tak, że w Polsce kręci się tylko badziewne seriale”

Autor: Michał Fal, michal.fal@natemat.pl

Czy powinniśmy wstydzić się za polskie seriale? Dlaczego ludzie oglądają “Pamiętniki z wakacji”? Po czym poznać serial TVN-u? Ile zarabia scenarzysta? Kto się wstydzi telewizji? Na te i inne pytania odpowiada Agnieszka Kruk – scenarzystka telewizyjna, współautorka ponad tysiąca wyemitowanych odcinków seriali.

Agnieszka Kruk ukończyła scenariopisarstwo w Warszawskiej Szkole Filmowej oraz PWSFTViT w Łodzi, jest współautorką ponad tysiąca wyemitowanych odcinków seriali. Pisała m.in. „Na Wspólnej”, „Pierwszą miłość”, „Wszystko przed nami”, „Barwy szczęścia”. Jest dyrektorką kreatywną festiwalu Script Fiesta. W rozmowie z naTemat opowiada o świecie polskich I zagranicznych seriali, a także pracy scenarzysty.

Jeśli wsłuchać się w obiegowe opinie o współczesnych polskich serialach, często natknąć się można na głosy w stylu “Kiedyś to były seriale” albo “Na Zachodzie umieją, a u nas produkuje się tylko chłam”. Zgadzasz się z taką diagnozą obecnego stanu rzeczy?

Jeśli mówimy o “złotych czasach polskich seriali”, musimy sobie zdać sprawę z zupełnie innych realiów, z jakimi mieliśmy wówczas do czynienia. W czasach PRL widzowie mieli do wyboru program 1 TVP, program 2 i telewizję lokalną. Mniej ludzi pisało scenariusze, inaczej przebiegał proces decyzyjny dotyczący tego, jakie produkcje będą powstawać. O wszystkim decydowała Telewizja Polska. Scenariusze rozpisywali literaci, w związku z czym miały one inną jakość. Teraz stacji jest bardzo dużo, tak więc więcej też produkuje się seriali. A jak wiadomo, ilość rzadko kiedy idzie w parze z jakością.

A do tego jeszcze powtarzany jak mantra slogan, że “jest kryzys”.

Tak. Producenci od paru lat mówią, że jest kryzys i trzeba produkować tanio. W efekcie, jeśli w czasie antenowym jest do wypełnienia blok półgodzinny albo godzinny, a można wybierać spośród produkcji, z których jedna kosztuje 30 tys. zł, a druga 150 tys. zł, to czemu nie wybrać tańszej, skoro obie mają wysoką oglądalność? I stąd się bierze zalew tego, co wśród naszych bardziej ambitnych, mających wyższe oczekiwania widzów, nazywane jest chłamem, czyli formatów typu scripted-docu: jak choćby “Dlaczego ja”, “Pamiętniki z wakacji”. To się po prostu ogląda.

I jest tanie.

Bardzo tanie. Produkcja odcinka takiego formatu jest kilkukrotnie tańsza niż w przypadku typowego serialu.

I dla przeciętnego polskiego widza naprawdę nie ma znaczenia, że wraz z kosztami takich produkcji na łeb na szyję leci też “jakość” oferowanej mu rozrywki? Polacy nie oczekują czegoś więcej niż takich mało wyrafinowanych formatów?

To nie jest tak jednoznaczne. Na zajęciach ze studentami czasem biorę na warsztat odcinek “Dlaczego ja”. I oczywiście lekcja zaczyna się od tego, że wszyscy narzekają: “O nie, taki szajs, po co?” Ale oglądamy to i co się okazuje? Że jak się obedrze ten projekt z tego, jak to jest zrealizowane, jak to jest zagrane, jaki tam jest dźwięk, to tak naprawdę konstrukcja scenariusza bywa bardzo solidna.

Co to znaczy?

Są bardzo wyraźnie zarysowane postacie, bardzo wyrazisty konflikt, duża liczba punktów zwrotnych. Gdyby nasi filmowcy mieli większe budżety, gdyby znali zasady rzemiosła, to te produkcje mogłyby wyglądać znacznie lepiej. Ale nawet jeśli realizacja jest słaba, ale scenariusz mocny, to i tak uda się przyciągnąć widza. Masowa, mniej wyrobiona publiczność patrzy i od razu wie, o co chodzi. Przedstawione konflikty nie utrzymują się w jakiejś próżni domysłów, niedomówień i subtelności. Tam jest jasno, kawa na ławę: “Ja chcę tego, on mnie nie lubi, teściowa chce, żebym pracowała” – wiadomo o co chodzi, historia się rozwija, są zwroty akcji – czego chcieć więcej?

Choćby dobrych dialogów. Jak się obejrzy na przykład serial “07 zgłoś się”, to co by o nim nie mówić, dialogi są tam świetne. I biją takiego “Komisarza Alexa” na głowę.

Nie zgodzę się z tym, że nie mamy dziś dobrych dialogów. Często piszą je dialogiści, wspierani przez wiodących scenarzystów, redaktorów z telewizji. Taka współpraca daje dobre efekty. Mamy bardzo dużo dobrych dialogów, także w serialach codziennych.

Coś konkretniej?

Będzie mi trudno, bo jednocześnie w tych samych serialach jest też dużo złych dialogów (śmiech). Ale nie można generalizować. I nie zgodzę się też z tezą, że “na Zachodzie robi się świetne seriale, a u nas badziewne”. Zwróć uwagę na taką sprawę: te seriale, które u nas podaje się za przykład dobrych amerykańskich produkcji, jak np. “Dexter”, “Dr House”, “Californication”, “Chirurdzy” – tak naprawdę są w Ameryce niszą. One odnotowują po kilka milionów widzów w kraju, w którym jest ponad 300 milionów obywateli. Amerykanów stać po prostu na to, żeby zrobić serial niszowy, za takie pieniądze, jakich my tutaj nie mamy nawet na film kinowy.

Czyli nie jest tak, że “House of Cards” i inne seriale, którymi się zachwycamy, są typowymi produkcjami z USA?

Oczywiście. Tam też produkuje się dużo słabych seriali. Są takie, które nie doczekały nawet końca pierwszego sezonu. A to, co do nas dociera i czym się zachwycamy, to są seriale niszowe. Nie powinno się ich porównywać z naszymi produkcjami dla masowego widza. Natomiast problemem jest to, że w Polsce nikt takich ambitnych seriali nie wyprodukuje, bo u nas trzeba robić formaty właśnie dla szerokiej publiczności. Wyjątkiem jest HBO, które zrobiło np. “Bez tajemnic” i “Gorejący krzew” Agnieszki Holland. Był Canal Plus, który jednak nie robi już produkcji fabularnych.

Jak było z oglądalnością tych seriali?

No właśnie chodzi o to, że HBO nie zależy na oglądalności. Dla nich ważne jest, że to jest prestiżowy produkt. Tak więc super, powstały dwa fajne seriale i krytycy zachwycali się nimi, ale to nie był projekty dla szerokiej publiczności.

Coś jeszcze warto twoim zdaniem wyróżnić z naszego własnego podwórka?

Był choćby fajny projekt, który zrobił Endemol: “Krew z krwi”. Pierwszy sezon powstał dla Canalu Plus, później kontynuowano produkcję w TVP. Bardzo fajny projekt, kryminalny, ale opowiedziany zupełnie inaczej niż zwykle: to historia, która rozwija się przez cały sezon i opowiada o kobiecie wchodzącej w świat mafii. Na marginesie dodam, że to jest zresztą format holenderski. Wyróżnia się też “Głęboka woda” Telewizji Publicznej – to oryginalny pomysł Magdy Łazarkiewicz, którym wszyscy się w środowisku dziennikarskim zachwycali. Ten serial był inny – ciemny, mroczny. Więc to nie jest tak, że my nie robimy ambitnych seriali, które wyrastają ponad przeciętność. Robimy, ale na nich nie zawsze da się zarobić, więc nie powstaje ich dużo.

Wspominałaś o formatach zagranicznych. Czy to jest ważna część naszej produkcji telewizyjnej. I dlaczego w ogóle się z nich korzysta?

Wyobraź sobie, że jako nadawca masz określoną kwotę do wydania. Przychodzi do ciebie scenarzysta ze słowami “Mam świetny pomysł, zrealizujmy go razem. Jestem pewien, że pan na tym zarobi”. Ale jaką masz gwarancję, że rzeczywiście tak będzie? A jak ktoś przyniesie ci projekt, który ktoś zrealizował już wcześniej na Zachodzie, który miał wysoką oglądalność, w którym wszystko jest gotowe: postaci ustawione, historia zaplanowana, sposób filmowania określony? Masz pewność, minimalizujesz ryzyko porażki. Poza tym pamiętaj, że jak się zaczyna tworzyć nowy serial od zera, to jest to sprawa wymagająca dyskusji, powodująca stres, tarcia. Ludzie pracujący twórczo łatwo się konfliktują (śmiech). A przy serialu pracuje przynajmniej kilkadziesiąt osób. Kiedy kupujemy gotowy format, bardzo wiele z tych rzeczy odpada.

Polska produkcja opiera się na takim właśnie imporcie?

W dużym stopniu tak, ale od kilku lat obserwuję, że trochę się to zmienia: powoli przebijają się także nasze, oryginalne projekty. Na przykład “Przepis na życie” Agnieszki Pilaszewskiej, “Czas honoru”, “Misja Afganistan”. Mniej jest szablonów ściągniętych z Zachodu.

Powiedz trochę o tym, jak pisze się scenariusz dla typowego serialu codziennego, który ma kilkaset, czy nawet kilka tysięcy odcinków. Czy z góry zakłada się, jak potoczą się wszystkie wątki?

Przynajmniej na pierwszy sezon są one dość dokładnie zarysowane: kiedy zgłasza się do mnie producent, ja mu przedstawiam świat, w którym rozgrywa się akcja, od 15 do 20 głównych postaci, które “niosą” serial, a także dokładny zarys pierwszych 5 odcinków. Ale zanim weźmiemy się do roboty, to mam też gotowy zarys fabularny na 200 odcinków. Z góry wiemy, dokąd mniej więcej zmierza historia.

A jak wygląda codzienna praca scenarzysty? Myślę, że jest to dość dalekie od klasycznego siedzenia w biurze od 9 do 17?

Organizacja pracy zależy w dużej mierze od producenta. W przypadku każdej produkcji wygląda to nieco inaczej. Najlepiej pracuje się w zespołach, gdzie wszystko jest dokładnie rozplanowane. Ale nie zawsze ma się ten komfort (śmiech) Często życie scenarzysty to jest jedna wielka niewiadoma. Bardzo dużo stresu. Piszemy, poprawiamy, poprawiamy, poprawiamy.

Czyli choć z góry rozpisujecie wiele odcinków, później na bieżąco też jest przy nich dużo roboty?

Jeśli mówimy o 5 dniach emisji w tygodniu, to co tydzień trzeba składać kolejne 5 odcinków. Ale jeśli nie zostaną one zaakceptowane, to trzeba je poprawiać. A poprawiając pierwsze pięć, muszę jednocześnie pisać kolejne pięć… To potrafi być bardzo stresujące zajęcie. W pracy od 9 do 17 idzie się do biura, a później wychodzi i ma spokój. Tutaj nie. Poza tym w “typowej pracy” spotyka się z ludźmi. Tutaj człowiek siedzi sam przed komputerem, ma w głowie 50 postaci albo i więcej i to jest całe jego towarzystwo.

A czy pracując przy serialu można sobie twórczo “poszaleć”? Zrealizować się, zrobić coś niesztampowego?

Tak, choć w dużej mierze zależy to od organizacji pracy przy danym projekcie. Ja miałam to szczęście, że pracowałam przy wielu serialach, przy których scenarzyści mieli naprawdę dużą wolność. Tu będzie mała dygresja: jak zaczęłam pracować przy “Na Wspólnej”, producentem był Wayne Henry, Brytyjczyk. Henry w swojej karierze produkował m.in. “Coronation street”, serial, który w Anglii jest na antenie od 1963 roku. I on, kiedy przejął go na rok, podniósł mu wyniki oglądalności! Zapytałam go, jak to zrobił. Powiedział jedną fajną rzecz: “Dałem wolność scenarzystom”. I to jest to (śmiech). Wtedy możemy być najbardziej kreatywni. Kiedy stres przeważa nad poczuciem wolności, kreatywność spada. A swoboda pozostawiona scenarzystom procentuje – rzutuje także na wyniki oglądalności.

A jak jest z zarobkami w tym zawodzie. Pytam o to a propos niedawnej wypowiedzi pisarki Kai Malanowskiej, która zwróciła uwagę na problem dochodów pisarzy.

Ci scenarzyści, którzy orientują się na ambitniejsze produkcje, nie utrzymają się tylko z pisania. Muszą szukać innych źródeł dochodu. Pisząc fabuły można też starać się o dotacje i stypendia scenariuszowe. Natomiast najlepiej zarabia się w serialach codziennych, bo to jest tak naprawdę stała praca. Stawki nie są kiepskie, dostaje się jeszcze tantiemy – w przypadku dialogistów i storylinerów może to dawać nawet 20 tysięcy miesięcznie, a główni scenarzyści zarabiają jeszcze lepiej. A jeśli zespół jest dobrze zorganizowany, to jeszcze ma się czas na robienie ambitnych rzeczy. Albo życie rodzinne (śmiech).

Od ładnych paru lat dużo mówi się o swoistym światowym serialowym boomie: że serial w końcu stał się prawdziwą sztuką, że seriale przewyższają często filmy kinowe, itd.

Na pewno świat się zmienił. Weźmy choćby rok 2005, kiedy wszedł serial “Lost”. To był przełom. Kilkanaście milionów dolarów za pilota serialu? Z udziałem gwiazd kina? Ale producenci podjęli ryzyko, wydali te pieniądze i okazało się, że prowadzony w zupełnie nietypowej narracji serial “załapał” publiczność. I świetnie się sprzedał, dobrze zarobił. Podobnie “House of Cards”. To też kolejny przełomowy krok: serial z budżetem 100 mln na pierwszy sezon. Dla porównania – u nas niejednokrotnie fabuły mają budżety rzędu 2-3 mln złotych. I taki serial nie idzie do żadnej telewizji, tylko do internetu. I co więcej, okazuje się, że na siebie zarabia. Całe środowisko poczuło, że tu się dokonał pewien zwrot.

Skoro mówimy już o “House of Cards” – co sądzisz o tym, że Netflix przygotowuje ten serial w oparciu o dane dotyczące tego, kiedy widzowie pauzują, kiedy przewijają, itd. Czy tak daleko idące odpowiadanie na gusta widzów nie jest w pewnym sensie przerażające ?

To jest super! (śmiech) Choć rzeczywiście dla osób, które mają tendencje paranoiczne może to być straszne. Ale mi się podoba.

Ale co z wolnością twórczą scenarzysty? Przecież tutaj mamy już do czynienia prawie z dyktatem widza – tworzy się serial skrojony na miarę.

No ale w jaki sposób to ogranicza twoim zdaniem wolność twórczą? Chyba tak samo, jak samochód ogranicza twoją wolność poruszania się: bo nie dojedziesz wszędzie tam, gdzie dotrzesz piechotą. Ale zawsze możesz z niego wysiąść, kiedy przestaje ci pomagać. Mówię o tym dlatego, że kiedy scenarzysta dostaje jasne wytyczne, to bardzo fajnie mu się pracuje. Zbyt duża dowolność i wysoki poziom ogólności nie pomagają. Jeśli wiem, że producent zleca mi powiedzmy napisanie historii miłosnej z katastrofą w tle, to jest mi łatwiej. W każdym kreatywnym zawodzie tego typu impuls pozwala łatwiej tworzyć. Zresztą z tego co wiem “House of Cards” w znacznej mierze opiera się właśnie na różnorodnych badaniach marketingowych. Okazało się zwyczajnie, żę ludzie lubią Davida Finchera, Kevina Spaceya, że lubią tematykę taką i taką, że chcieliby zobaczyć dobry serial polityczny. I taki produkt im przygotowano. Ale tego typu konkretne zamówienia sprawiają, że lepiej się pisze.

Mówimy o USA. A czy w Polsce także zmienia się jakoś status serialu jako gatunku filmowego?

Pracuję w telewizji od 1996 roku, a piszę seriale od 2002 roku, kiedy zaczęliśmy pracę przy “Na Wspólnej”. I zdecydowanie także u nas widzę zmianę. Dobrzy aktorzy przeszli do telewizji, granie w serialach już nie jest obciachem. Podobnie scenarzyści czy reżyserzy nie obrażają się już na seriale – weźmy choćby Wojciecha Smarzowskiego. Wiele osób, które odnoszą sukcesy zajmując się “ambitniejszym” repertuarem, pracuje też przy serialach.

Ale czy to dobrze świadczy o serialach, czy źle o rynku? Czy to nie oznacza po prostu, że dziś filmowcy łapią się czegokolwiek, byle tylko coś zarobić?

Trudno mi powiedzieć. Są osoby, jak Krzysztof Krauze i Joanna Kos-Krauze, które miały wiele serialowych propozycji, ale powiedziały “nie”. Chcą zostać przy tym, co umieją robić i co lubią. Ale już wspomniany Wojciech Smarzowski się nie wstydzi, a poza serialami robi inne rzeczy, w których pełniej się wyraża jako artysta.

Co z punktu widzenia scenarzysty jest największym mankamentem polskich seriali?

Mam wrażenie, że organizacja pracy zespołu scenariuszowego, która czasami bardzo kuleje. Czasem brakuje na przykład czasu na porządny research. Pozytywnym przykładem mogą tu być “Lekarze”. Scenarzyści, którzy pisali ten serial, spędzili wiele godzin na sali operacyjnej. Andrzej Staszczyk, z którym rozmawiałam, był obecny przy prawdziwych operacjach stojąc obok chirurgów. Miał szansę poczuć, jak to jest. Nie zawsze scenarzyści mają szansę na taki research, nie zawsze też mają chęć i takie dziennikarskie zacięcie. A pisać trzeba. I dlatego powstaje dużo rzeczy, które publiczność odbiera jako bzdury.

No właśnie. Nie uważasz, że wiele rzeczy w polskich serialach naprawdę może widza irytować? Jak choćby szklano-plastikowy, idealny świat z seriali TVN?

To, co według niektórych jest słabością seriali TVN, ta “cukierkowość”, o której mówisz, można też odbierać jako ich siłę. Te produkcje są ładne, pokazują świat, w którym chciałoby się mieszkać, pokazują ludzi, którzy zawsze są dla siebie mili. Serial TVN-u bez trudu rozpoznasz wśród wielu innych. To jest ich sznyt. Wątki muszą być pozytywne, fajne i przyjemne, bo ludzie siadają przed telewizorem po to, żeby odpocząć. Co nie znaczy, że w przyszłości TVN zrobi bardziej odważnych historii, jak np. zrobili “Usta usta”.

Czy potrafisz się jeszcze zachwycić jakimś serialem? Oglądać go “naiwnie”? Czy może jesteś już skazana na patrzenie na takie produkcje tylko przez pryzmat swojej pracy?

Bardzo się wciągnęłam w serial “Forbrydelsen”, czyli duński pierwowzór “The Killing”. Przyjemnie mi się oglądało w HBO “Iluminację” z Laurą Dern. Serial miał wspaniałą, niespieszną, gęstą narrację. Ale lubię też śmieszne seriale: “30 rock”, który pisze Tina Fey albo “Pohamuj entuzjazm” – fantastycznie poprowadzony serial o o scenarzyście. Pisze go Larry David, autor m.in. “Seinfelda”. W tej produkcji gra też samego siebie.

Czy myślisz, że kiedyś uda się w naszym kraju zasypać podział na serialową Polskę A i Polskę B? Chodzi mi o to, czy zaczną powstawać dobre, ambitne seriale, które jednocześnie będą miały dużą widownię?

Myślę, że tak. Widać już dzisiaj wyraźnie, że seriale mogą na siebie zarabiać i to nie tylko w telewizji. Poza tym mogę z własnego doświadczenia powiedzieć, że jest coraz więcej naprawdę dobrych scenariuszy. Stykam się z nimi na przykład przy okazji organizowanego przez Warszawską Szkołę Filmową festiwalu Script Fiesta. Jego kolejna edycja już wkrótce – odbywa się już trzeci raz. Do tej pory przeczytaliśmy ok. 700 pomysłów i mam wrażenie, że nasi scenarzyści składają bardzo dużo fajnych projektów. Choć wciąż brakuje im warsztatu.

To znaczy?

Są dobre pomysły, ale scenarzystom brakuje znajomości tematu, umiejętności konstrukcji całego sezonu. Ale myślę, że to uda się nadrobić. Zmienia się też nastawienie producentów. Realizuje się produkcje, które nie powstałyby choćby 5 lat temu. Niektórzy w Polsce są już gotowi nie produkować dla telewizji, tylko sprzedawać serial w internecie. Te produkcje już powstają. Ale coraz bardziej śmiałe są też same scenariusze.

Masz coś konkretnego na myśli?

W zeszłym roku na Script Fiesta pierwsze miejsce zajął projekt, który był o zombie. I na każdej edycji festiwalu widzimy, że jest widownia, która powoli dorasta i ma wielką potrzebę oglądania tego typu opowieści. Już niedługo to oni tworzyć będą grupę komercyjną, która ma decydujący głos. Jeszcze na jedną rzecz chciałabym zwrócić uwagę: teraz nie trzeba wiele, by tworzyć filmy. W zwykłym smartfonie jest lepszy obiektyw, niż 20 lat temu był w kamerze. Każdy z nas może dosyć małym nakładem sił i środków zrobić film i dystrybuować go w internecie. Dlatego liczę, że wkrótce pojawi się coś, co naprawdę zachwyci, co będzie miało nie tylko świetny pomysł, ale i będzie osadzone w naszych realiach, korzeniach, w naszym nadwiślańskim światku.

 

Wywiad znajduje się także na stronie natemat.pl.

x